Nasze bliskie związki z kinem trwają właściwie od zarania samego dworca. Od samego początku funkcjonowało u nas kino dworcowe. Mijały epoki, zmieniał się sprzęt, a kino trwało i choć podlegało rynkowym fluktuacjom, ciągle przyciągało widzów. A teraz nastały inne czasy. Film wyszedł na ulice.
W mieście odbywał się festiwal filmów.

Oczywiście uczciliśmy to stosownymi tablicami, które witały podróżnych, zdjęciami, napisami, pełną informacją. No ale… nas samych interesuje co w trawie piszczy. A pójść na rynek i zobaczyć co grają nie ma jak.

- Ośmiornica – krzyknąłem, bo ogromna sieć przeciwpożarowa choć słuch miała dobry, często nie chciała odpowiadać na zadane zbyt słabym, jej zdaniem głosem.

- Co?

- Oj, nie „co” tylko „proszę”. Tyle razy ci mówiłem. Na dworcu pracujesz, a tu styl i szyk obowiązuje,
nie jak w wiejskiej remizie!

- Nigdy nie byłam w wiejskiej remizie.

Westchnąłem.

- To tylko taki przykład. Nieważne… słuchaj, chciałbym, żebyś coś podsłuchała.

- Co? Tfu… to znaczy: proszę?

Nie miałem do niej siły.

- No nie. Akurat teraz forma „co”: jest jak najbardziej dopuszczalna.

- No to ja już nic nie rozumiem – Ośmiornica wyraźnie się pogubiła. Mimo, że wielka i skuteczna
w działaniu, nie należała do istot jakoś tam wyjątkowo rozgarniętych. – Chcesz, żebym podsłuchała co ludzie mówią?

- Tak.

- Ale ja wyłącznie tym się zajmuję. Przecież pożaru na razie nie ma.

- No to powiedz o czym rozmawiają ci ludzie, którzy wracają z filmowych seansów, ci, którzy czekają na nocny pociąg do domu.

- O naszym dworcu.  

- Jak to? Nie o filmach? O dworcu mówią?

- Tak. Mówią, że fajny. Że remont się udał. I tylko tyle…

Oniemiałem.