Ach, wszystko jakieś takie niżowe, smutne, wlokące się powoli. Niby zegary nie są meteopatami, ale jeśli ktokolwiek sądzi, że łatwo znoszę skoki ciśnienia, te ciągłe niże i ciągnące wraz z nimi chmury to jest w błędzie. Jestem rozdrażniony, nie w sosie, nieswój, niełatwy we współpracy. Podległe mi maszyny mówią wtedy: „szef jest w fazie splinu, uważać, a kto może: nie podchodzić!”. Może i mają rację.

Słuchałem właśnie sążnistych wyjaśnień komputera administracyjnego, który relacjonował
co z remontami mniejszych dworców na naszym terenie. A ja marzyłem o zmianie pogody. Niestety.

- Jeśli chodzi o Brochów to finiszujemy – ciągnął komputer monotonnym głosem. – Jest oczywiście zegar, który będzie tam rządził. Wykonany od nowa, ale na wzór historycznego.  Zresztą odtwarzamy tam nawet kafle na wzór pierwotnych. Zabieg bardzo kosztowny ale warto. Ten dworzec może stać się perełką wśród małych stacji.

- Co jeszcze? – przerwałem mu niezbyt grzecznie. Przydałoby się choć trochę słońca.

- Na Świebodzicach tak zwany Sajgon, czyli krajobraz jak podczas bitwy. Notabene odkryliśmy,
że dworzec z biegiem lat zwiększał swoją masę i objętość.

- Jakim cudem?

- Podczas poprzednich remontów nikt nie zdejmował poprzednich warstw farby tylko kładł następną warstwę na brudną, poprzednią. W związku z tym dworzec był coraz większy i cięższy – komputer usiłował zażartować ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Patrzyłem smutno w kłębiące się szare chmury.

- Możemy skończyć na dziś? – zapytałem niezbyt grzecznie.

- Tak, oczywiście – komputer zwinął się natychmiast chyba nawet zadowolony z takiego obrotu sprawy.

- Przetykacz! – krzyknąłem jak mogłem najgłośniej.

Małe urządzenie pojawiło się natychmiast.

- Tak szefie?

- Masz pięć minut, żeby polepszyć mi humor – powiedziałem robiąc groźną minę. – A jak nie…

Przetykacz przerwał mi bezczelnie.

- Wystarczy mi pół minuty – uśmiechnął się radośnie. – Czy szef wie, że tuż nas będą budować hotel?

- Tak wiem – nie miałem pojęcia w jaki sposób ta informacja może mieć wpływ na mój humor.
– Na starym dworcu autobusowym. Jakieś sto metrów od naszego dworca.

- No właśnie. Budowa od zera, teraz jest tam chwastowisko i grunt do zniwelowania…

- No to co?

- Ano to, że pracować tam będzie i to już niedługo…

- Moja koparka?! – wrzasnąłem i o mało nie spadłem na posadzkę z przejęcia.

- Tak jest, szefie – odparł Przetykacz pewny swego jak cholera.

- Słuchaj mały… - od razu miałem gdzieś nadciągający niż, chmury, deszcz, depresję i splin. W mojej duszy rozbłysło najjaśniejsze ze słońc. – Mianuję się moim zastępcą!

- Tak jest, szefie – zasalutował mi swoim kablem.